• Wpisów:14
  • Średnio co: 72 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 16:42
  • Licznik odwiedzin:1 731 / 1081 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Znów miałam małą przerwę, ale związaną z wyjazdem służbowym Wieczorami udało mi się trochę pozwiedzać Kraków i Rzeszów. W Krakowie byłam już wielokrotnie, w Rzeszowie natomiast dopiero drugi raz. W mieście smoka wawelskiego odkryłam sklep o którym wiele już czytałam - sklep Kacpra Ryxa na Placu Mariackim w Kamienicy Hipolitów. Dla wszystkich wielbicieli miejsc z klimatem polecam wstąpić i dać się przenieść w czasie. Miałam niesamowitą przyjemność pogłaskania kota, który jest lokatorem sklepu (wcześniej wygrzewał się na ladzie w otwartym oknie i stanowił nie lada gratkę dla turystów oraz pasjonatów fotografii - kto zna choć trochę koty, wie jakimi wdzięcznymi są modelami). Obsługa na wysokim poziomie, opowiada, zachęca, informuje o planach autora dotyczących kolejnych książek. Jednym słowem - raj, oaza dla bibliofila. Na pewno wpadnę tam przy kolejnym wyjeździe i liczę, że uda mi się trafić na autora i zamienić parę słow! Ach i oczywiście wygłaskać kocurra
 

 
Zupełnie wypadło mi z głowy, że miałam napisać coś o spektaklu Mamma Mia w Romie! Sam początek nie był powalający, siedziałam nieco niechętna i jakoś nie przekonywał mnie wielki ekran, który pomaga tworzyć scenografię (może jestem staroświecka...). Ale to co zaczęło się dziać chwilę później - rewelacja. Cudowne damskie głosy (męskie ciekawe, ale nie tak zapierające dech w piersiach), świetnie przetłumaczone piosenki. Kiedy ogłoszono antrakt byłam zszokowana, jak to? To już połowa? Półtorej godziny? Przecież dopiero co usiadłam! Czas mijał jak zaczarowany, kiedy przebywałam na greckiej wyspie pośród polskich wersji piosenek Abby. Po przerwie znów - magia, uwodzenie głosem, zachwyt. Osobiście najbardziej przekonała mnie postać Tanii (zabawna, urocza, z klasą, ach i te nogi). Film uwielbiam, ale to co działo się na deskach Romy - miłość! Nie wykluczam, że wybiorę się przeżyć to jeszcze raz. Polecam wszystkim, którzy jeszcze nie byli. Teraz planuję wyjście na Ślub Doskonały w Teatrze Kwadrat, ze względu na fantastyczną obsadę. Mam nadzieję, że oczaruje mnie w podobnym stopniu jak Mamma Mia
 

 
Za 30 minut koniec pracy (Ciiii.... wcale nie piszę postów w godzinach pracy) i frunę do domu zrobić posiłki na jutro (wyczuwam pieczone ziemniaczki). Potem trening, A już jutro - piąteczek! Nie mam zajęć, więc mogę wrócić i poświęcić czas na relaks. A w niedzielę pakowanie walizek na 3 dniowy wyjazd służbowy - Kraków, Tarnów, Rzeszów nadciągam! Jeśli zobaczycie blond pirata drogowego w białej Dacii - to będę ja.

Cieszę się na ten wyjazd, ale... O BOŻE co ja spakuję??? CO JA BĘDĘ JADŁA??
 

 
Ile razy słyszycie "Tobie łatwiej, bo nie byłaś nigdy gruba", "Ty masz czas na gotowanie", "W moim domu nie da się żyć zdrowo"? A może Wy wiele razy sięgacie do takich sformułowań? Nie zamierzam tutaj polemizować oczywiście z kobietami, które są matkami. Ja tego jeszcze nie przeszłam, więc nie będę mówić czy się da, czy się nie da. Ale jaką wymówkę mają osoby, które jeszcze nie zdecydowały się na potomstwo? Da się zawsze.

Oczywiście nie miałam nadwagi w swoim najbardziej puchatym momencie, ale było mnie więcej - przy 168 cm wzrostu ważyłam 65 kg. Przy mojej budowie ciała to było naprawdę sporo, miałam wystający brzuszek i grubsze uda. Poza tym bardzo szybko tyje mi twarz, nikogo nie muszę przekonywać, że to nie wygląda zbyt ładnie. Generalnie utyłam dość równomiernie, więc nikt tego jakoś specjalnie nie zauważył (oprócz mojej mamy, strażnika szczupłości tego świata). Tyłam sobie beztrosko, nie zważając specjalnie na to co jem i w jakiej formie. Ruch jakiś tam miałam, ale nic regularnego. W pewnym momencie zobaczyłam swoje zdjęcie (lustro nie jest tak brutalne jak fotografia) i to był szok. Ta okrągła twarz, te wielkie udziska to ja?! Poszłam się zważyć (unikałam tego jak ognia, mimo, że mama alarmowała). Na wadze zobaczyłam 65,5 kg. Pierwsza myśl "O Jezu jestem gruba", druga "Muszę szybko schudnąć", trzecia "To nic nie da, zjem carbonare ze śmietaną i nic więcej przez cały dzień".

Leżąc wieczorem w łóżku stwierdziłam, że muszę coś zrobić. Wiedziałam, że dietetyk w moim przypadku nic nie da, bo źle się czuję pod presją regularnych pomiarów i trzymania ściśle rozpisanej diety. Zaczęłam czytać co jeść, jak gotować, na co się przerzucić. Dodałam odrobinę więcej ruchu. Zmniejszyłam ilość zjadanych słodyczy. Jadłam dużo częściej - 4 lub 5 razy w ciągu dnia (wcześniej 2-3 duże posiłki to było maksimum) i mniejsze porcje. Włączyłam więcej warzyw i owoców. Dodałam mnóstwo kasz wszelkiego rodzaju. Wybrałam zdrowe oleje (oliwa z oliwek, lniany, kokosowy). Jeśli chleb to głównie mój kochany orkiszowy (chociaż najlepszy orkiszowy robi moja przyszła teściowa!), gdy bułka - grahamka. Pokochałam awokado, mango i melona (pyszne koktajle!). Odstawiłam mleko, bo od dziecka miałam lekką nietolerancję laktozy. Przekonałam się do wody kokosowej. Picie wody to taka podstawa, że nawet nie ma sensu o tym wspominać, ja piję bardzo dużo, 2l to absolutne minimum.

Dało się? DAŁO. Też mi się nie chciało wracać z pracy po 17 i stawać przy garach, ale robiłam to. Kupiłam garnek parowy, bo szybciej niż wyciągać parowar. Piekarnik chodzi u mnie na pełnych obrotach, jeśli mam chęć na mięsko. Jeśli coś na szybciej - sprawdza się patelnia grillowa. Ugotowanie kaszy/dzikiego ryżu/komosy to kwestia kilkunastu minut, więcej czasu spędzałam wcześniej na facebooku. Jeśli mam ochotę na szybką zapiekankę to gotuję komosę, kroję cukinię i ser feta, wrzucam do naczynia żaroodpornego, dodaje trochę przecieru z pomidorów i zioła prowansalskie i perfekcyjny posiłek na kolejny dzień jest gotowy w 20 minut.

W ten sposób trwale zrzuciłam 6 kg w 3 miesiące, do końca grudnia zobaczyłam na wadze 59 kg. Od tego czasu nie stosowałam drugiej fali uderzeniowej, tylko normowałam wagę. W okresie postu odstawiłam całkowicie cukier i słodycze, żeby sobie udowodnić, że potrafię. Wytrwałam i po tych 46 dniach wyszłam silniejsza i z ogromną dawką motywacji. Od maja zaczęłam nowy etap, żeby poprawić sprawność fizyczną i w wakacje dobrze się prezentować i móc pozwolić sobie na małe oszustwo na mazurach (grill <3). Wracam z pracy, przygotowuję jedzenie na następny dzień, potem przebieram się, rozkładam matę i około godziny wyładowuję całą złość, smutek czy frustrację ćwicząc. Wielokrotnie podczas tej godziny mam chęć przerwać, mówię sobie, że dzisiaj tylko pół treningu, mniej powtórzeń, bez ćwiczeń na brzuch/nogi/plecy. Ale nigdy tego nie robię, nie poddaję się, bo po co? Nie warto. Za każdym razem decyduję czy chcę wyglądać dobrze i spełniać swoje marzenia, czy poddać się i żyć z porażką i niedociągnięciami. Nikt nie jest idealny, ale zawsze można być lepszą wersją siebie!

Nie poddaję się i wiem, że każdy trudniejszy moment warto przetrwać. Dla zdrowia, dla lepszego ciała, dla ducha, dla życia.
 

 
W piątek pisałam na blogu, że czekam na dostawę książek o żywieniu. Dzisiaj do mnie dotarły, szybko i sprawnie Już nie mogę się doczekać, aż zacznę je czytać. Wyjdę z pracy i od razu się w nich zatopię. Jakie tytuły zakupiłam?

1. Julita Bator "Zamień chemię na jedzenie" oraz "Zamień chemię na jedzenie. Nowe przepisy"
2. Katarzyna Bosacka, Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska "Czy wiesz, co jesz? Poradnik konsumenta czyli na co zwracać uwagę, robiąc codzienne zakupy"
3. Naomi Moriyama, William Doyle "Japonki nie tyją i się nie starzeją"
4. Karolina Szaciłło, Maciej Szaciłło "Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem"

Z tych książek zamierzam czerpać inspiracje do moich codziennych posiłków, chcę zobaczyć jak i co łączyć oraz jakie produkty kupować, a których unikać. Najbardziej ciekawa jestem książek Julity Bator, czytałam świetne recenzję i to "Zamień chemię na jedzenie" pójdzie na pierwszy ogień. Pozycja 2 to wybór pod wpływem chwili, zobaczyłam, że współautorką jest Kasia Bosacka - uwielbiam jej program, jej styl bycia i obserwuję walkę z kilogramami. Inspirująca kobieta! "Japonki nie tyją i się nie starzeją" to wynik mojej delikatnej fascynacji Japonią, ich zdrowiem i długowiecznością. Ostatnia pozycja, czyli "Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem" to skarbnica przepisów na zdrowe, pożywne posiłki, w których nie ma miejsca na chemię (po szybkim przejrzeniu - ogromny plus za listę bazowych zakupów na początku!).

Zobaczymy, czy książki spełnią moje oczekiwania, ich recenzje pojawią się na pewno na blogu
 

 
Po kwietniowym spadku formy i kilku przykrościach, które mnie spotkały powoli wracam do siebie. Regularnie ćwiczę, czytam jeszcze więcej o żywieniu i staram się samodzielnie edukować w tym kierunku. Stosuję naturalne metody wzmacniania organizmu takie jak jęczmień, napary z różnorodnych ziół (skrzyp, pokrzywa, rumianek, nie wspominając o czystku, który stale gości w moim domu). Z coraz większą starannością analizuję etykiety pokarmów, które kupuję (z pomocą aplikacji Zdrowe Zakupy). Próbuję poradzić sobie z wypadaniem włosów i tragicznym stanem paznokci. Nie wiem co się z nimi dzieje, kruszą się i rozdwajają na potęgę. Są tak miękkie, że nawet naklejki nie mogę z długopisu odkleić, bo się wyginają. Wszelkie suplementy, jak i produkty lecznicze (typu Revalid), nie pomogły mi zbyt wiele, więc teraz stawiam na naturalne sposoby i zobaczymy czy coś pomogą. Myślę o kuracji olejem rycynowym, ale jestem już nieco zrezygnowana i nie wiem, czy to da jakiekolwiek długotrwałe efekty. Jednak zacznę kurację dzisiaj i będę stosować przez miesiąc, nie mam nic do stracenia, a mogę jedynie sobie pomóc. Oby pomogło!
 

 
Codziennie przebywamy z ludźmi, jedni wnoszą coś wartościowego do naszego życia, inni starają się nas ciągnąć w dół. Bywa również, że owca jest wilkiem, a my sądząc po pozorach błędnie obdarzymy kogoś zaufaniem. Ludzie są różni, nigdy nie wiemy co naszemu rozmówcy siedzi w głowie, czy chce nas wykorzystać, czy nam pomóc, a może nasze przeżycia są mu obojętne. Ciężko jest komuś ufać, jeszcze ciężej nie ufać nikomu.

W dobie serwisów społecznościowych bardzo łatwo "napluć" na człowieka, właściwie bez żadnych konsekwencji, mamy pełen szereg możliwości - złośliwe komentarze, prywatne rozmowy, usunięcie ze znajomych czy całkowita blokada. Najzabawniejsze w tej całej szopce jest to, że zwykle blokują ludzie, którzy sami nas zaprosili i robią to zupełnie bez powodu. Ponadto może okazać się, że codziennie widujecie tych ludzi, śmiejecie się z nimi, życzycie miłego dnia, żeby po jakimś czasie zorientować się, że was zablokowali. Zaczyna się lawina myśli, czy to nastąpiło dopiero dzisiaj, czy jakiś czas temu, czy powiedziałam coś niemiłego, czy byłam nieuprzejma, czy coś we mnie budzi u innych niechęć. Tak zaczyna się karuzela pytań bez odpowiedzi, podszyta upokorzeniem i wyrzutami sumienia. W tym momencie należy powiedzieć temu "stop". U mnie pierwsze 10 minut było zaskoczeniem i przełykaniem tej gorzkiej pigułki. Ale teraz budzi to we mnie rozbawienie. Dojrzałość to umiejętność powiedzenia drugiej osobie prosto w twarz jakiś zastrzeżeń, a nie bawienie się w usuwanie i blokowanie. Żałuję, że aktualnie ludzie tracą odwagę cywilną i honor. Może gdybym otrzymała informację co jest nie tak i co budzi taką niechęć mogłaby to być przydatna lekcja. Jednak przekazana w taki sposób wydaje się być małostkowym, egoistycznym zagraniem zrodzonym w zazdrości i zawiści. Poleciłabym maść na pewną część ciała, ale to nieeleganckie, więc życzę takim osobom klasy i więcej odwagi. A ja, no cóż, każdemu nie muszę odpowiadać.

Warto o tym pamiętać, lepiej powiedzieć coś w twarz niż robić fejsbukowy afront
  • awatar ilone: Kiedyś to się ludzie po prostu zrzucali ze schodów, jak się nie lubili. Dzisiaj blokują na fejsie i kasują ze znajomych :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Piątek nastroił mnie bardzo pozytywnie, czeka mnie wieczór w miłym towarzystwie, nareszcie wyszło słońce i wszystko powoli się zieleni. Już nie mogę się doczekać, aż pojawią się te wszystkie świeżutkie owoce i soczyste warzywa! W tym roku zamierzam porobić całe mnóstwo przetworów na zimę, niskosłodzone dżemy, chrupiące ogórki, syrop malinowy, domowe przeciery pomidorowe i wiele, wiele więcej


Postanowiłam założyć zeszyt na różne ciekawe przepisy zarówno na przetwory jak i propozycje posiłków, bo przeglądam mnóstwo blogów i ciekawych stron z przepisami, a jak przyjdzie co do czego, to zawsze uciekam się do zapiekanki z kaszy bulgur z przecierem pomidorowym, cukinią, serem feta i suszonymi pomidorami. Czas uporządkować te inspiracje tak, żeby nie umknęły.


Dzisiaj koniecznie chcę napić się jakiegoś dobrego koktajlu na bazie awokado, najlepiej z truskawkami, muszę gdzieś taki upolować. Oto cel na dzisiaj!


Dobrego początku weekendu Miśki! Mój zaczyna się za 2 godzinki
 

 
Osobiście lubię poniedziałki. Pozwalają wejść w dobrym stylu w nowy tydzień, są obietnicą lepszego tygodnia, niespodziewanych zdarzeń i nowych doświadczeń. Od rana buzuje we mnie energia, aż ciężko mi usiedzieć za biurkiem. Wreszcie kupiłam bilety na Mamma Mia w Romie, ciągle nie mogłam się za to zabrać, a teraz nareszcie zmobilizowałam się, zorganizowałam grupę (złożoną z mamy, przyszłej teściowej i jej siostrzenicy). Oczywiście, żeby mieć jakieś sensowne miejsca (istotne przy mojej wadzie wzroku) trzeba uzbroić się w cierpliwość, ale w drugim tygodniu maja na pewno podzielę się swoimi odczuciami. W związku z tym podśpiewuję przeboje Abby od rana (na szczęście takie dziwactwa w firmie muzycznej są na porządku dziennym), chodzę sprężystym krokiem i czuję się trochę jak Meryl Streep (tylko młodsza), spoglądam za okno w poszukiwaniu słońca i... no cóż, nie można mieć wszystkiego! W łazience nawet pozwoliłam sobie na energiczne odtworzenie układu choreograficznego do Dancing Queen (dla wszystkich wielbicieli filmu: nie, na koniec nie wskoczyłam do wody...) i myślę, że spaliłam całe śniadanie
 

 
Wstaję dzisiaj, jak to w poniedziałek, niewyspana, negatywnie nastawiona do świata. Zerkam w lustro w pokoju, okazuje się, że wylęgł mi się na brodzie pryszcz, gdzie pryszcz, WIELKA pulsująca dioda krzycząca z satysfakcją „mwhehehe zniszczę Ci dzień”. Idąc do łazienki, nie zmieściłam się w drzwiach i uderzyłam małym palcem o framugę. Pulsujący ból od razu mnie obudził, zmieniając rozdrażnienie w cichą furię, z pomiędzy zębów (jeszcze nieumytych) na pewno leciały mi iskry od zgrzytania, mama szybko uskoczyła mi z drogi. Wchodzę do łazienki, zła jak wszystkie diabły i co zastaję? W umywalce wyleguje się mój słodki, puchaty Bazyl. No dobrze nie taki słodki z niego kocur, bardziej złośliwiec, a ta puchatość przez niektórych może zostać nazwana sadełkiem, ale od razu roztapia lód mego serca. Od tej chwili mój dzień jest zdecydowanie bardziej pozytywny, chociaż ten cholerny palec nadal pulsuje…
 

 
Do świąt już tylko 19 dni a do Sylwestra 26! Jak przygotowujecie się do tego czasu?

Ja swoje przygotowania rozpoczęłam kilka miesięcy temu, polegały one na zwiększeniu aktywności fizycznej i rozsądnym planowaniu posiłków (regularność!). Pisząc pracę licencjacką troszkę mi się utyło, nie było to jakoś widoczne dla innych, ale ja sama poczułam się nieco gorzej. Mniej energii, zmęczenie, apatia. Znacie to? Nieregularne, niepełnowartościowe posiłki, trochę stresów i kryzys w organizmie gotowy. Nie jestem z tych, którzy załamują ręce i mówią „trudno, tak być musi, kiedyś się schudnie”. O nie, nie, najgorzej to odpuścić w pracy nad samym sobą. Od kilku miesięcy jestem stałą bywalczynią zajęć fitness od brzuch + stretching po zumbę. Wspiera mnie tutaj W. – niejedną sportową (i nie tylko) przygodę razem przeżyłyśmy. Oprócz tego wraz z A. ćwiczymy u niego z obciążeniem. Tak! Nie boję się sztangi, wiem, że ona nie gryzie, a na pośladki działa cuda! Oczywiście wszystko z głową, ale warto.

Tutaj muszę przyznać, że jeśli aktywność fizyczna, to coś co uwielbiam i przychodzi mi bez trudu, to zdrowa, zbilansowana dieta jest dla mnie wyzwaniem. Lubię wszystkie te niedobre produkty typu mięso (w dużych ilościach), majonez (nawet łyżeczką), śmietana (z cukrem omnomnom), panierki (stripsy z kfc) no i cukier. Nie słodycze, CUKIER, biały cukier, w herbatce (i do śmietany mmmm). Zanim jednak zaślinię klawiaturę, przyznam, że myślałam, że będzie gorzej. Najłatwiej przyszedł mi detoks cukrowy, jedyne cukry, które zostały w mojej diecie to te pochodzące z owoców. Słodycze mnie nie kuszą, ale okazjonalnie zjadam jakieś pyszne ciacho. Mięso ograniczyłam do jednej-dwóch porcji indyka w tygodniu. Pokochałam ryby (makrela, łosoś, dorsz). A majonez wyrzuciłam, żeby nie kusił. Funkcje śmietany pełni jogurt naturalny a panierki wyeliminowałam.

Od razu podkreślam, nie odbiło mi na punkcie zdrowego odżywiania. Nie żywię się samym jarmużem czy surową marchewką. Schudłam, poprawiła się moja sylwetka. Ale to jeszcze nie koniec, to nie jest chwilowy wybryk, dieta cud, to styl życia. Jak tylko wyzdrowieję to frunę na treningi i pokonuję ciągle od nowa samą siebie! Jem wszystko, ale z głową (oprócz majonezu, chociaż na święta zrobię sobie domowy! a co!).

A dzisiaj czeka mnie rocznicowa uczta i gwarantuję Wam, że nie będę liczyć kalorii, tylko nacieszać kubki smakowe
 

 
Dzisiaj chcę podzielić się z Wami swoimi odczuciami odnośnie książki „Dziewczyna z pociągu”. Paula Hawkings opowiada w niej historie w formie pamiętnika. Autorkami są trzy kobiety: Rachel, Anna i Megan. Pierwsza z nich to alkoholiczka, przygnieciona życiem, porażkami, żyjąca przeszłością, rozwódka z obsesją na punkcie byłego męża i jego nowej żony Anny i ich córeczki. Nikomu nie przyznaje się, że straciła pracę, więc codziennie wychodzi z mieszkania swojej znajomej u której wynajmuje pokój, jedzie pociągiem do Londynu, włóczy się po mieście, nierzadko kończy się to wizytą w pubie, wraca powrotnym pociągiem i kończy upijanie w domu. Rachel ma nietypowe hobby, jadąc pociągiem podgląda jedną parę – nadaje im imiona, wyobraża sobie kim są, co myślą. Dlaczego wybrała właśnie ich? Wydają się idealnym małżeństwem, a na dodatek mieszkają w sąsiedztwie domu jej byłego męża i jego nowej rodziny, domu w którym Tom mieszkał wcześniej z nią. Jess i Jason – obserwowana para – pomagają jej, tworząc ich idealny obraz zaczyna wierzyć, że można stworzyć zdrową, szczerą relację. Pewnego dnia, jadąc do „pracy” zauważa Jess całującą innego mężczyznę. Jej wizja małżeństwa idealnego wali się. Przed powrotem do domu, upija się i urywa jej się film. Następnego dnia z gazet dowiaduje się, że Jess (a właściwie Megan) zaginęła. Tu pojawia się problem, były mąż dzwoni z pretensjami, że wieczorem była pod jego domem, czyli w sąsiedztwie zaginionej. Musi odpowiedzieć sobie na pytanie: gdzie była, co robiła i czy mogła skrzywdzić obserwowaną kobietę? Potem jej relację ze zdarzeń przeplatane są przez fragmenty pamiętnika Megan i Anny. Każda z kobiet ma swoje sekrety, problemy i słabostki. Kto stoi za zniknięciem kobiety? Czy ona żyje? Jakie sekrety skrywają bohaterowie?
Powieść absolutnie zaskakująca. Skomplikowany obraz psychiki kobiet a przy tym doskonale skonstruowany thriller. Na minus, muszę przyznać, działa sposób napisania, jakoś mnie nie porwał sposób przekazu, nie spodziewałam się pamiętnika. Ponadto główna bohaterka – bezradna, irytująca okłamująca wszystkich wokół, budzi we mnie mieszane uczucia, z jednej strony jest ciekawa, jednak z drugiej męcząca. Nie chodzi mi o sam alkoholizm (Harry Hole z książek Nesbo też był alkoholikiem, ale jego postać miała w sobie „to coś” co mnie porwało i absolutnie powaliło na łopatki), ale o jej bezradność, marudność i życie będące pasmem porażek. Historia z potencjałem, świetnym zakończeniem, ale odrobinę niedopracowana. Dla mnie bez polotu. Bo takiej medialnej otoczce spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Ale cieszę się, że ją przeczytałam. Może gdybym nie podeszła do „Dziewczyny z pociągu” z tak wielkimi oczekiwaniami, zachwyciłaby mnie albo trafiła do ulubionych. Jednak polecam każdemu dla wyrobienia własnej opinii, ale bez wielkich oczekiwań.
 

 
Zaraz Wigilia. Czas rodzinnych spotkań, odpoczynku i obdarowywania najbliższych. Wiecie jaki według mnie jest sekret udanego prezentu? Po pierwsze ma być z serca, a nie na odwal się. Po drugie musimy słuchać. Musimy słuchać naszych bliskich, znać ich pasje, pragnienia. Jeśli kogoś dobrze znamy – prezent nie jest takim wielkim problemem. Dotyczy to według mnie jedynie kobiet. Sama ostatnio dostałam prezent bez okazji i z zaskoczenia – 3 pary śmiesznych skarpetek, poduszkę emotikon, kalendarz i zestaw cudownych długopisów i jestem nim zachwycona! Wrzucam zdjęcie, żebyście przekonali się, jaki jest fantastyczny.

Teraz stajemy przed większym dylematem. Prezent dla naszego mężczyzny. Muszę przyznać, że często inspiruję się jedną z moich wspaniałych przyjaciółek. Ta dziewczyna ma głowę pełną pomysłów, jej facet jest prawdziwym szczęściarzem. Ale ona naprawdę go słucha i wie co on lubi. Pamiętam, że na początku tego roku (nie pamiętam z jakiej okazji niestety) podarowała mu słoik pełen słodyczy, które uwielbia. Przystroiła go i przymocowała do niego karteczki, na których wypisane było „na co” są dane słodycze – „na brak humoru”, „na niepogodę”, „jak za dużo gadam”, „jak zabiją Cię w CS-ie”. Tego typu tekściki. Jak dla mnie strzał w 10. Bez bicia przyznaję się, że podobnym słoikiem obdarowałam na walentynki mojego mężczyznę. Sprezentowana zawartość słoika zniknęła szybko, teraz stoi u niego w kuchni, napełniony krówkami. Potem ta moja chodząca inspiracja zwróciła się do mnie z prośbą o pomoc. Przyjechała z wykrywaczem metali, zakupionym na allegro, zapakowanym oryginalnie, dwoma papierami do pakowania i całą siatką Mamby. Wiecie co ona wymyśliła? Zapakowałyśmy wykrywacz o którym marzył w ten papier, a pojedynczymi Mambami wykleiłyśmy napis – jego imię. Jest niesamowita, prawda? A to jeszcze nie wszystko! Ostatnio jej chłopak jeździ na weekendy do innego miasta, by się dokształcać. Na 1 taki weekend zrobiła mu paczkę przetrwania – pyszna herbata, kubek termiczny, puchaty koc, ulubiona gazeta, piwo na wieczór (!). IDEAŁ!

A Wy macie jakieś sposoby na udany prezent?
 

 
Mężczyźni potrafią być prawdziwym oparciem w czasie choroby.
Dzisiaj między mną a A. wywiązał się następujący dialog:

A: Misia jak samopoczucie? Bierzesz leki? Wygrzewasz się?
M: Biorę, dzisiaj cały dzień gniłam w łóżku. A czuję się tak jak wyglądam.
A: O rany to współczuję. W takim razie naprawdę jest słabo.


Dziękuję A. Naprawdę od razu mi lepiej.
Piątek według blondynki. Dobranoc.

#blondynka
#piątek
#wsparcie
#mójchłopakzawszewiecopowiedzieć